"Mój pierwszy dzień w kraju w którym teraz mieszkam"

Post powstał w ramach projektu wiosennego Klubu Polki na Obczyźnie Mój pierwszy dzień w kraju w którym teraz mieszkam. 


To nie był mój pierwszy raz we Włoszech. Miałam za sobą już pojedyncze wizyty w tym kraju. Pierwszą dość smutną, ale to historia na inny raz, drugą w ramach terapii szokowej " spadłeś z konia to się podnieś i wsiadaj od nowa" po pierwszym nie udanym razie. Tych wyjazdów nie liczę jako mój pierwszy dzień w kraju w którym teraz mieszkam ,bowiem wówczas do głowy mi nawet nie przyszło ,że kiedyś Włochy staną się moim domem. 
Taki pierwszy dzień w kraju w którym obecnie mieszkam miałam w zasadzie dwa razy. 
Pierwszy raz, gdy namawiana od lat przez przyjaciółkę z dzieciństwa podjęłam w końcu decyzję o wizycie u niej powiązaną też z wakacyjną pracą. 
Było przy tym wyjeździe trochę stresu.  Do Włoch leciałyśmy w sporej grupce ja,owa przyjaciółka , jej troje dzieci, jej siostrzenica i mama. Lot planowany na 6 czerwca o 8 rano nie wypalił. O 2 w nocy dostałam sms od linii lotniczej ,że lot został przełożony na dzień później. Ona takiego sms-a nie dostała, dobrze ,że od razu w nocy do niej napisałam ,bo inaczej pojechałaby z rodziną na lotnisko na darmo, a jechałyśmy osobno. Pamiętam to dziwne uczucie ,które mnie wówczas ogarnęło. Jakby ktoś ostrzegał mnie przed wyjazdem, jakby to nie było miejsce, które chętnie mnie przyjmuje. Wrócił do mnie niesmak pierwszego wyjazdu , po którym długo i za pomocą psychologa dochodziłam do siebie. Tej nocy nie mogłam już zasnąć, rozmyślałam.Cały dzień pożegnań z siostrą i chrześniakiem mającym wówczas 8 miesięcy na nic. Smutno będzie przeżywać ten dzień od nowa. A przecież jechałam tylko na wakacje. Dwa i pół miesiąca po których miałam wrócić do rodziny. 
Ten dzień spędziliśmy nad jeziorem z najbliższymi przyjaciółmi, siostra, szwagier, mój chrześniak i ja. Było sporo śmiechu ,ale ja wciąż czułam dziwny strach ściskający mnie za szyję. Patrzyłam na siostrę i widziałam w odbiciu jej oczu to samo uczucie. Takie dziwne przeczucie,że mimo iż planuję tylko wakacyjny wyjazd to żegnamy się na długo.  
Dzień później już  na lotnisku okazało się ,że lot przełożono o kolejną godzinę. Hmm. No powiedzcie sami czy to nie był kolejny znak? Ja jednak staram się realnie podchodzić do życia.Mimo ,że czasem takie rzeczy wywołują we mnie dreszczyk staram się realnie to tłumaczyć i iść dalej , byle do przodu. W końcu wylot.Półtorej godziny później wylądowaliśmy na włoskim lotnisku Fiumicino Roma. Przywitało mnie parne , lepkie powietrze ,które od razu oblepiło mnie całą i sprawiło,że poczułam się jak ślimak. Wilgotność powietrza i gorąc jaki panował wówczas w Rzymie sprawiły ,że poczułam się strasznie senna. Prawie nie pamiętam jak dotarliśmy do czekających na nas samochodów którymi mąż i kolega przyjaciółki po nas przyjechali. Nie pamiętam też drogi z Rzymu do miejscowości w której obecnie mieszkam, bo mimo klimatyzacji, stres związany z tymi przekładanymi lotami, droga, upał który mnie przywitał sprawiły ,że po prostu zasnęłam i spałam całą drogę do naszej miejscowości.
Lato pokazało mi najpiękniejszą stronę Pescasseroli. Cudowne ciepło, mnóstwo kolorowych i pachnących obłędnie kwiatów , wieczory w barach przy drinku i ploteczkach.Ówczesne lato przyniosło mi także miłość ,która była przyczyną mojego kolejnego powrotu do Włoch. 
Minęło lato, wróciłam do domu , do siostry , do pracy z prośbą poznanego we Włoszech chłopaka ,bym wróciła do niego, zamieszkała z nim, stworzyła rodzinę. 
Decyzja by do niego wrócić nie była łatwa. Zajęło mi to ponad trzy miesiące. Pożegnanie z siostrą nie było tym razem łatwiejsze. I znów towarzyszyły mi znaki, które starałam się odczytać jak ostrzeżenie,że będzie trudno , a nie jak znak,żeby tego wcale nie robić.  4 grudnia  wsiadłam tym razem w autokar ( wahałam się między dwoma przewoźnikami wyjeżdżającymi tego dnia, ten którym jechałam wybrałam w końcu tylko ze względu na to,że wyjeżdżał około godzinę później od poprzednika co dawało mi trochę dodatkowego czasu z siostrą i chrześniakiem) Rozstanie było ciężkie.Nie mogłam powstrzymać łez i niemal całą drogę pytałam sama siebie: Co ja robię? Na co mi to? Jak ja dam sobie radę? Przecież będę tęsknić za siostrą, siostrzeńcem i moimi kochanymi zwierzakami psem i kotem, które zostawiałam siostrze mając nadzieję,że jakoś uda mi się je potem zabrać do siebie.Wmawiałam sobie na siłę ,że dobrze robię, że to dobra decyzja, ale w środku coś we mnie aż dusiło. Tuż przed granicą minęliśmy autokar z którego zrezygnowałam, leżący w rowie z porozbijanymi szybami i porozrzucanymi wokół walizkami. To był dla mnie szok.Coś we mnie w środku zaczęło krzyczeć : WRACAJ! Wysiądź, wróć do domu, przecież jeszcze możesz, jeszcze jesteś w Polsce. Ale potem myślałam o tym chłopaku, któremu złamię serce ,gdy napiszę mu w ostatniej chwili ,że nie przyjadę jednak, że zmieniłam zdanie.Że się boję. 
Droga jakoś minęła. Jakoś przespałam noc,  a widoki za oknem jakie ukazały się następnego dnia były kojące na tyle ,by zdusić łzy. Było mi jednak bardzo, bardzo ciężko i wtedy już wiedziałam,że łatwo nie będzie, że to najtrudniejsza decyzja jakiej musiałam dokonać jak dotąd. 
A mój pierwszy dzień w kraju w którym teraz mieszkam? 
Dojechałam na miejsce , stacja Rzym Tiburtina koło 16 popołudniu. Miałam ze sobą 2 duże walizki, 3 małe i kilka torebek. Wyjeżdżając zakładałam ,że do Polski już dłuugo nie wrócę, zabrałam ze sobą niemal całe swoje życie. Na dworcu nie czekał na mnie nikt! Powoli , wystraszona lekko przeniosłam swoje bagaże , a raczej przetaszczyłam z wywieszonym na zewnątrz językiem, bo przecież nie mogłam ryzykować kradzieży wszystko na raz, poza obręb stacji i czekałam. Chwilę później zadzwonił mój G. " Gdzie jesteś? Miałem lekkie opóźnienie, ale już dojechałem. Gdzie jesteś?" A ja oczy w słup.Panika. No jak to gdzie jestem? Koło stacji. Tutaj. O cholera! Język znałam ledwo ledwo, przez całe wakacje on jakimś dziwnym cudem rozumiał moje łamane opowieści.Rozumiał w mig, trochę na migi, trochę klucząc. A teraz? Jak mam mu wytłumaczyć ,że wyszłam poza obręb stacji? Jak jest "na przeciwko" i jak jest "most" po włosku? Cholera, cholera.Spociły mi się dłonie. G się rozłączył.Obleciał mnie strach, a jak skończy mi się kredyt na karcie polskiej  i nie dam rady mu wytłumaczyć gdzie jestem? Będę musiała zostawić bagaż ,by go poszukać? 
W przypływie energii zaczepiam jakąś sympatycznie wyglądającą kobietę i pytam jak głupia: "Scusi come si chiama questo? " Jak się nazywa to?- i pokazuję most wznoszący się nad nami. Odpowiada z uśmiechem :" Il ponte". Pełne wdzięczności :"Grazie". Kobieta odchodzi z uśmiechem, odzywa się moja komórka.G. "Spokojnie, powiedz mi co widzisz ,znajdę cię".
Jestem pod mostem, przed sobą widzę budynek z wielkim napisem Globe"."Czekaj, już idę"
Chwilę później podjechał. W jego oczach błyszczało szczęście, a ja zniknęłam w jego ramionach.
W drodze do domu podarował mi klucze do naszego pierwszego mieszkania.Strasznie wzruszył mnie ten gest.Dodał otuchy. Miasteczko było pokryte zimowym puchem, a mróz trzeszczał pod stopami ,gdy wnosiliśmy bagaże do domu. Na stole w kuchni stał bukiet żółtych róż. Nie wiem jak udało mu się je zdobyć w grudniu :) Potem poszliśmy do restauracji na kolację. Śmiałam się z niego, gdy jadł lekko tylko podsmażonego steka, dziś już wiem ,że jego ulubionego. Mówiłam mu,że to jeszcze na wpół żywa krowa i mówi do niego "nie jedz mnie, nie jedz proszę" Ja jadłam moje pierwsze ravioli z ricottą i szpinakiem. Tej nocy zasypialiśmy objęci mocno w zimnym jak diabli ,bo cały dzień nie ogrzewanym pokoju. Rano zaś klęłam jak szewc próbując rozpalić pierwszy raz w swoim życiu piec w kuchni. Do dziś nie jestem pewna tak do końca czy nie powinnam była posłuchać szeptów przeznaczenia.Kto wie czy nie byłoby łatwiej gdybym jednak została w Polsce. Tutaj do dziś szukam swojego miejsca choć po 9 latach życia wylewam już zdecydowanie mniej łez. Nie jest mi tak bardzo źle by rwać sobie włosy z głowy.G jest fantastycznym człowiekiem, nasza 6 letnia córeczka to niezmierzony poziom energii, ale coś jednak ciągnie do rodzinnego domu i nie daje do końca spokoju. 


Gorąco polecam wam historie innych członków Klubu Polek na Obczyźnie znajdujących się tutaj . 

Komentarze

  1. Masz rację Basiu, pisząc, że coś ciągnie człowieka do domu. To uczucie zrozumie tylko osoba, która też podziela los emigracji. Mnie nie jest źle we Włoszech, co więcej, chyba już sobie nie wyobrażam życia w Polsce, chociaż tęsknota często się odzywa. A co do Twojego pierwszego dnia tutaj, to te trzy walizki plus reszta, o których wspomniałaś, są dla mnie czymś abstrakcyjnym :). Ja miałam jedną i cały czas uzupełniam moje polskie zapasy ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też nie mogę narzekać.Mam dom, mam pracę,dobrego faceta u boku.Tęsknota często łapie za gardło,ale staram się patrzeć realnie.Gdybym stąd wyjechała, tęskniłabym.Takie koło graniaste.A walizki-ja wiedziałam ,że wyjeżdżam na zawsze, to trochę była ucieczka ciężko to wyjaśnić jednym postem,dlatego zabrałam ze sobą praktycznie wszystko na raz:)

      Usuń
    2. Ps. Teraz już zwożę tylko jedzenie i książki:)

      Usuń
  2. Wspaniale, że wszystko dobrze się układa. Masz rodzinę, dziecko, a to jest najwazniejsze. Ja kiedys wzięłam 3 ogromne torby do autobusu, i jechalam 40 godzin, bo dom miałam koło granicy hiszpanskiej, żeby we Francji stworzyć cząstkę polskiego mieszkania. Głównie wzięłam wtedy książki, przetwory, typową żywność, alkohol, bo chciałam pourządzać polskie wieczory. A zagraniczny mąż po 1 roku od tego momentu zdecydował, ze bedziemy mieszkac w Polsce. Chociaz ja bardzo odradzałam. Wczesniej przyjezdżałam do niego od 6 lat. Zaczął emeryturę i dochody znacznie spadły. W Polsce się nie odnalazł zupełnie, popadł w depresję i zajmował się głównie spozywaniem wyskokowych trunkow i poznawaniem niebieskich ptaków. Teren przygraniczny temu sprzyjał. Pełno Niemcow i Holendrów, takich luzakow. Małżeństwo sie rozpadło. Moje rozczarowanie będzie długo trwało. Ale sie nie daję oczywiscie, bo mam silną osobowość. Szkoda mi, bo ja miałam mieszkać we Francji przecież i w takim pięknym rejonie, a do tego miłość, ktora sie skonczyła. A ja byłam przekonana, że to miłość już do konca życia, zważywszy mój wiek.
    A ty nie płacz już za Polską, tylko doceniaj swoje szczesliwe życie u siebie. Ciao.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Strasznie smutna historia :( Mam nadzieję,że teraz jesteś szczęśliwa i wszystko dobrze się ułożyło. Pozdrawiam serdecznie:)

      Usuń
  3. Życie na obczyźnie nie jest łatwe, sama tego nie znam, ale mogę się domyślać. Może nie zostało Ci nic innego tylko pokochać to miejsce, tam gdzie teraz jesteś? Tęsknota zawsze będzie tego nie da się uniknąć, bo Twoje korzenie, rodzina i wspomnienia są tu w polsce. Ale tam też masz wspomnienia, może to one pozwolą Ci poczuć się tam bardziej jak w domu.
    Ściskam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Staram się jak mogę znaleźć tu swoje miejsce, ale gdzieś w środku czuję po prostu,że to nie moje miejsce, nie mój świat.

      Usuń
  4. Piękna odpowieść, pomimo dziwnych znaków nie zeszłaś z wybranej ścieżki i chyba tak to już jest z nami emigrantami odważnie idziemy na przód. A co do tęsknoty to chyba zawsze będzie nam towarzyszyć taki los.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, najgorsze jest to,że teraz jest ona podwójna, bo gdy jadę do Polski do rodziny tęsknię za domem który mam tu.Niezły kołowrotek co?:)

      Usuń
  5. O widzisz jak dobrze jest znać określenie na most po włosku. Piękna opowieść Basiu, trafiłaś w sedno z naszymi emigracyjnymi rozterkami

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Desperacja mnie ściskała wtedy za gardło.Dobrze ,że wiedziałam jak zapytać!Haha całe wakacje wtedy jedyne co mówiłam do G to jak się mówi -i wskazywałam rzeczy :) A jeśłi chodzi o rozterki mam takie rozdowojenie jaźni wręcz ,najchętniej byłabym i tu i tam.Ciężka sprawa.

      Usuń
  6. To takie znajome uczucie, gdy ciagle coś ciągnie do ojczyzny... Przed oczami mam ten autokar, który uległ wypadkowi i Ciebie siedzącą w tym drugim autobusie. Moge sobie tylko wyobrazić, co czulaś. I choć dla Ciebie to był znak niepewności, czy dobrze robisz wyprowadzając się z Polski, to może właśnie los chciał Ci pokazać, że w tym momencie wybrałaś dobrze, bo bezpiecznie dojechałaś do celu. Wiem, że czasami bardzo trudno zadomowić się w nowym środowisku i tęsknota, nawet po tylu latach, potrafi być męcząca, ale mam nadzieję, że odnajdziesz spokój ducha tam, gdzie jesteś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dowiedziałam się potem,że poza drobnymi skaleczeniami nikomu nic poważnego się nie stało.To bardzo uspokoiło,ale...jakaś niepewność została.Ale ze znakami jest tak,że każdy może sobie je dostosować pod siebie prawda?Dlatego postawiłam na logikę , a ta podpowiadała mi wyjazd.NO cóż może tak miało być i już.Dziękuję za ciepłe słowa kochana:)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty